Tajlandia. Drugi dzień na Koh Chang.
Drugi dzień na Koh Chang rozpoczynamy królewskim śniadaniem. Stołówka znajduje się w najwyżej położonym budynku a stoliki ustawione są wzdłuż tarasu z widokiem na plażę i tropikalny gąszcz wokół hotelu. Określenie tego posiłku mianem śniadanie to niedopowiedzenie. Dostępne są dania z kuchni chińskiej, tajskiej i europejskiej wzbogacone najróżniejszymi owocami i ciastami. Bye, bye dieto. Wszystko jest pięknie podane i trudno się oprzeć. Ja zaczynam od dimsumów a potem trochę gubię rachubę.
Po królewskim śniadaniu buzzujemy energią. Mamy ochotę obiec wyspę dookoła jak struś Pędziwiatr. Nie bardzo jednak wiemy jak się wydostać z hotelu i dotrzeć do najbliżej nam osady Kai Bai. Powinniśmy być oddaleni od niej nie więcej niż 1km, jednak miasteczko i hotel dzieli klif. Opcje są dwie. Jedna to iść plażą. W tym momencie niemożliwe, bo zalał ją przypływ. Druga opcja to iść dość wąskim poboczem asfaltowej drogi, stromo pod górę. Jest na szczęście jeszcze niewielki shuttle. Tyko w jedną stronę, ale o powrót będziemy się martwić później.
Miasteczko, czy bardziej osada ciągnie się wzdłuż drogi, która niemal okrąża całą wyspę. Jest sporo sklepów, kilka hoteli, guest-housów, salonów masażu, barów i coffee-shopów niczym w Amsterdamie. Większość z tego wygląda na opuszczoną. Część budynków jest wręcz zdemolowana. Widać, że pandemia dała im w kość. Mijamy pozamykane hotele i docieramy do plaży przy której lokalsi przygotowują do otwarcia niewielki bar. Cały wystrój skomponowali z tego co znaleźli na ulicy. Część to wyposażenie z niedziałających hoteli.
Mijamy takie miejsca podczas dalszej wędrówki. Niektóre chwalą się nowym otwarciem mimo, że dalej wyglądają jak z filmu katastroficznego. Afisz głosi 12 godzin prądu i ciepła woda. Cena za nocleg to 200 bahtów. Mimo to tylko kilka okien nie jest zabitych deskami.
Zaczyna się odpływ. Próbujemy wrócić do hotelu plażą. Dochodzimy do ostatniego ośrodka przed naszym. Wygląda na totalnie opuszczony. Mijamy sypiące się bungalowy. Stąpam ostrożnie po porośniętych zielskiem ścieżkach. W głębi widzę, że kilka domków jest jednak zamieszkanych, a kilka innych jest poddawanych odnowieniu. Ciekawa jestem kto zdecydowałby się tutaj zamieszkać. Niestety nie spotykamy nikogo, żeby porozmawiać. Plaża dalej jest zalana i od naszego ośrodka oddzieleni jesteśmy jeszcze skałkami. Znajdujemy jednak niewielką ścieżkę z tabliczką mówiącą, że wchodzimy na teren prywatny - jak się domyślamy naszego hotelu. Faktycznie, na końcu ścieżki spotykamy ochroniarza. Salutuje nam z szelmowskim uśmiechem. Zapewne nie jesteśmy pierwszymi, którzy “przechytrzyli system”.
Centralnie na przeciwko naszej plaży znajduje się niewielka niezamieszkała wysepka. Plotki głoszą, że jest tam trochę koralowców. Dopływamy tam kajakiem ale w mętnej wodzie niewiele widać. Można za to posiedzieć na prawie pustej plaży, podziwiać widoki i podglądać małe kraby chowające się pod muszlami ślimaków morskich jak w filmach Disneya.
Zbliżająca się burza zachęca nas do powrotu do hotelu. Ciemna burzowa chmura pięknie kontrastuje z rozświetlonym zachodzącym słońcem horyzontem. Do pokoju uciekamy dopiero kiedy lunie deszcz.
Burza nie chce ustąpić więc kolację spędzamy w hotelu. Niestety mój Tom Yum, pomimo pięknego wyglądu i mimo wszystko niezłego smaku, okazuje się sporo za ostry.
Późnym wieczorem burza w końcu ustępuje. Jest ciemno i mokro ale jakoś za wcześnie żeby iść po prostu spać. Spacerujemy po ciemnej, głęboko odsłoniętej przez odpływ plaży. Na mokrym piasku odbija się dyskretne oświetlenie z hotelowego ogrodu. Od strony opuszczonego ośrodka, przez który przechodziliśmy rano dopływa do moich nozdrzy zapach tak apetyczny, że wywołuje łaskotanie w żołądku. Jest lekko słodki, ale i kwaskowy jednocześnie ziołowy i gęsty. Z głębi ośrodka widać światło i dochodzą odgłosy kolacji. Mam ochotę iść i zapytać się co tak pachnie. Powstrzymuję się, bo trochę mi jednak głupio nachodzić ludzi przy posiłku. Zapachach jednak zapada mi w pamięć i postanawiam wywąchać go w miasteczku.
Komentarze